1. Lwów - 2. Eupatoria - 3. Bakczysaraj - 4. Przełęcz Angarska - 5. Czarnomorskie Kurorty - 6. Nowy Świat - 7. Morze Azowskie - 8. Teodozja - 9. Kara Dag - 10. Teodozja - 11. Powrót
28 - 29 lipiec 2003 r. Lwów. Droga na Krym.
W
poniedziałek wieczorem rozpoczyna się nasza długa wyprawa. Ja i moja narzeczona
Dorota pragniemy zwiedzić Krym. Na starcie ponosimy największy wydatek w czasie
całej podróży - zakup biletów na autobus Warszawa - Lwów. Jest co najmniej kilka
innych sposobów by dotrzeć do Lwowa za mniejsze pieniądze. Jesteśmy jednak "niewtajemniczeni"
i płacimy najdrożej. Autobus na dworzec Warszawa Stadion przyjeżdża punktualnie.
Tuż przed przyjazdem mamy propozycję jazdy do Lwowa z parą udająca się tam samochodem
osobowym. Kierowca autobusu nie wygląda na zadowolonego widząc nasze bilety.
Zajmujemy swoje miejsca i okazujemy się być jedynymi Polakami w autobusie. Standard
autobusu nie jest wysoki. Nawet jak na warunki ukraińskie. Towarzyszy nam głośny
huk i zapach benzyny. Na granicy jesteśmy w nocy. Zanim podjeżdżamy na terminal
odpraw, do autobusu wchodzi młody chłopak i rozpoczyna w milczeniu zbiórkę pieniędzy.
Ukraińcy dają kilka złotych, gdy przychodzi kolej na nas, wymieniamy tylko kilka
dziwnych spojrzeń, po czym zbierający bez słowa idzie dalej. Po chwili autobus
rusza do kontroli granicznej. Polski celnik dla Ukraińców jest nieprzyjemny.
Kontrola trwa jednak krótko i przejeżdżamy na ukraińską stronę. Tutaj jako Polacy
musimy wypełnić karty imigracyjne. Jest ona w czterech językach, jednak nie
po polsku i zawiera m.in. pytanie o numer rejestracji autobusu, którym wjechaliśmy
oraz cel przyjazdu. Papierek dzieli się na dwie części. Jedna już teraz zostaje
na granicy, drugą należy oddać przy wyjeździe. Celnik ukraiński jest spokojny,
rzeczowy, pomaga wypełnić kartę imigracyjną i nie pytając o nic podbija nasze
paszporty. Przesuwamy godzinę do przodu.
Punktualnie
z rozkładem jazdy dojeżdżamy do Lwowa. Okazuje się, że wysiedliśmy przed operą
i czeka nas poszukiwanie dworca kolejowego. Naturalnie pieszo. Mamy szczęście,
bo napotkani ludzie, w tym Polacy wskazują nam drogę. Na dworcu kasjerka może
sprzedać nam bilety do Symferopola. Wskazuje wszystko czego potrzebujemy, informuje
także w którym pociągu są najlepsze miejsca. Dziwne jest to trochę, bo z doniesień
ludzi podróżujących w kierunku Krymu wiemy, że bilety w dniu wyjazdu ciężko
kupić. My jednak nie mamy miejscowej waluty na zakup. Wpierw musimy wymienić
dolary. Najbliższy kantor jest nieczynny. Po bliższym obejrzeniu przymkniętego
okna, stojący obok starszy pan oferuje przyprowadzenie kasjerki. Co też czyni,
jednak kobieta prowadząca kantor jest kompletnie zaspana i prawdopodobnie nietrzeźwa.
Nie rozumie czego od niej dokładnie chcemy lub udaje. Moje dolary ogląda...i
idzie spać nie wydając hrywn. Na początku podejrzewam, że jest w jakimś narkotycznym
ciągu. Jednak równie dobrze może to być prowokacja w celu okradzenia. Chcę wołać
milicjanta, jednak obok mnie ustawia się kolejka chętnych do wymiany. O dziwo
stojący za mną człowiek pukaniem w szybę wymusza wymianę swoich pieniędzy. Ja
tłumacząc rękami i wskazując sumę na kalkulatorze również w końcu wymuszam wymianę.
Za bilet kolejowy płacimy 101 hrywn co odpowiada 75 zł. Czyli na osobę 37,50
zł. Ponieważ ciągle mamy jeszcze wolnych parę godzin do odjazdu udajemy się
pozwiedzać Lwów. Miasto robi wrażenie. Urzeka secesyjny wygląd dworca, zabytkowe
tramwaje, piękne choć zaniedbane budowle. Widzimy że, komunistyczna władza minionego
wieku nie zdążyła oszpecić architektury Lwowa Jednak nie dba się tutaj niemalże
o nic. Straszą nas ogromne puste dziury w oknach, wypadające kamienie z budowli,
które miały swoją świetność nie tak dawno. Klimat tego miejsca jednak przetrwał.
My go chcemy poczuć jak najmocniej. Chcemy obejrzeć jednocześnie wszystkie perły
okolic rynku. Biegniemy z książkowym przewodnikiem po najciekawszych zakątkach
Lwowa. Czas jednak kończy się szybko. Musimy wracać na dworzec. Oczywiście zabytkowym
tramwajem. Na kilkanaście minut przed odjazdem pociągu stajemy na peronie w
kolejce do wagonu. Pierwsze co rzuca się w oczy to długość pociągu. Pociąg przyśpieszony
nr 156 wygląda naprawdę imponująco. Każdy wagon posiada dwie, trzy osoby z obsługi.
Wchodzimy do pociągu, nasz przedział - zwany plackartą - rozczarowuje nas pozytywnie.
Zastajemy przedziały sześcioosobowe z dwoma piętrami łóżek. Pośrodku przedziału
prowadzi korytarz do następnych "przedziałów" z sześcioma łóżkami.
Ma się tutaj jednak pewną intymność. Najbezpieczniejsze są miejsca na dole,
ponieważ bagaż wędruje do zamykanego kufra, pełniącego funkcję łóżka. Nad nami
lokuje się para z Polski, podobnie jak my podróżująca na Krym. Czeka nas 27
godzin jazdy. Jest gorąco, okno otwiera się tylko trochę. Jesteśmy zmęczeni
nocną podróżą i szybkim zwiedzaniem Lwowa. Zasypiamy. Budzimy się po południu.
Bardzo sympatyczny jest postój na stacji. Zaopatrujemy się podczas niego w rozmaite
smakołyki. Tanie jak chyba nigdzie indziej w Europie. Ludzie oferują wszystko
co potrafią najlepiej przygotować. Można kupić domowy tort, obiad, różne ciastka,
owoce, napoje, itd. Ceny są rewelacyjne. Nie odważam się targować. Resztę dnia
spędzamy na rozmowach, czytaniu przewodników i planowaniu pobytu na Krymie.